Europa wznosi stalowy mur. Czy Polska może na tym zyskać? [OPINIA]

Europa wznosi stalowy mur. Czy Polska może na tym zyskać? [OPINIA]

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Bruksela wprowadza w życie decyzje, które mają ograniczyć napływ “obcej” stali do Europy. Chce ten cel osiągnąć, m.in. za pomocą znacznie wyższych ceł.

Od 1 lipca bezcłowy kontyngent importowy stali spada do 18,3 mln ton rocznie, o 47 proc. mniej niż w 2024 roku. A powyżej tego limitu cło rośnie z 25 proc. do 50 proc. Kontyngenty będą rozliczane kwartalnie i bez możliwości “przenoszenia” niewykorzystanych wolumenów.

Do tego dochodzi zasada “melt and pour”, która ma przeciąć obchodzenie ceł przez reeksport. W tle działa już pełny CBAM (cło węglowe od 2026 r., a od 2027 r. doliczane do ceny stali i aluminium), więc importer płaci nie tylko za stal, ale i za jej ślad węglowy.

Polska w tej układance ma dwa rozbieżne interesy.

“Elektryki” zyskają na popularności? “Mówię to jako prezes firmy naftowej”

Polski paradoks

Z jednej strony, jesteśmy producentem z produkcją rzędu 8 mln ton rocznie i firmami, które od lat traciły na tanim imporcie. Dla nich ograniczenie podaży z zewnątrz to szybka poprawa marż. W segmentach takich jak pręty zbrojeniowe czy kształtowniki, import – zwłaszcza z Ukrainy i Turcji – potrafił w ostatnich kwartałach stanowić 20-30 proc. rynku. Teraz ta presja znika albo przynajmniej słabnie.

Z drugiej strony, Polska jest jednym z największych w UE przetwórców stali. Zużycie sięga okay. 12-14 mln ton rocznie, czyli wyraźnie więcej niż produkujemy. Różnica jest importowana i właśnie ten import drożeje. Dla agency z branży konstrukcji stalowych, AGD czy komponentów motoryzacyjnych oznacza to wzrost kosztów materiałowych o 5-10 proc. Przy marżach operacyjnych rzędu kilku procent to problemy z rentownością.

Polskę cechuje więc paradoks. Chronimy produkcję stali, ale niekoniecznie tych, którzy z niej robią produkt końcowy. Jeśli półprodukt drożeje, a gotowy wyrób można wciąż sprowadzić z Azji, to kalkulacja zaczyna sprzyjać importowi “złożonej” wartości dodanej. Już dziś w niektórych segmentach, np. sprzętu AGD czy prostych komponentów stalowych, udział importu gotowych produktów rośnie szybciej niż import samej stali. Nowe cła mogą ten development przyspieszyć.

Europa Środkowa odczuje to mocniej niż Zachód. W Czechach produkcja samochodów przekroczyła 1,4 mln sztuk rocznie, co odpowiada okay. 13 proc. produkcji UE. Sam sektor zużywa okay. 1,3-1,5 mln ton stali rocznie. Słowacja produkuje najwięcej aut per capita na świecie, a Węgry i Rumunia są głęboko wpięte w łańcuchy dostaw. To gospodarki, w których przemysł odpowiada za 25-30 proc. PKB, a nie 15-20 proc. jak na Zachodzie. Każdy wzrost kosztu wsadu przekłada się więc szybciej i mocniej na całą gospodarkę.

Z drugiej strony są miejsca, gdzie decyzja Brukseli daje drugą szansę. Huty w regionie, od Dunaferr na Węgrzech po Liberty Galați w Rumunii, od lat balansują na granicy rentowności. Ochrona rynku może im kupić czas. W Polsce głośne były pogarszające się perspektywy Huty Częstochowa, która została nacjonalizowana, czy tej w Krakowie, która ogranicza produkcję.

Efekt będzie rozłożony w czasie

Huty te muszą iść w kierunku niskoemisyjnej produkcji, ale są to inwestycje liczone w setkach milionów, a często miliardach euro. Mechanizmy protekcjonistyczne tylko mogą przedłużyć ich dogorywanie, bo nadal może się nie opłacać produkować stal ze względu na regulacje środowiskowe i klimatyczne.

Makroekonomicznie efekt będzie rozłożony w czasie. Wzrost cen w dół łańcucha dostaw będzie się dokonywał stopniowo: w budownictwie, AGD czy motoryzacji.

Większe znaczenie ma jednak redystrybucja marż. Zysk przesuwa się w górę łańcucha, od przetwórców do producentów stali. W Polsce może to oznaczać kilka miliardów złotych rocznie więcej po stronie hut i analogiczny spadek rentowności po stronie części przemysłu przetwórczego.

Zła wiadomość dla Europy Środkowej

Największe ryzyko jest jednak globalne. USA utrzymują wysokie bariery dla stali, Europa je podnosi, a kraje takie jak Chiny, Indie czy Turcja będą szukały nowych rynków zbytu albo odpowiedzą własnymi ograniczeniami.

Handel stalą coraz mniej przypomina wolny rynek. Dla Europy Środkowej, regionu, gdzie eksport to 50-70 proc. PKB, to zła wiadomość.

Stalowy mur będzie zaporą, ale i testem. Ochroną, bo daje sektorowi kilka lat oddechu i poprawia jego bieżącą rentowność. Testem, bo pokaże, czy ten czas zostanie wykorzystany.

Jeśli inwestycje ruszą, Europa może utrzymać przemysł i podnieść jego wartość dodaną. Jeśli nie, za kilka lat wrócimy do punktu wyjścia, tylko z droższą stalą i większym uzależnieniem od importu gotowych produktów z Chin czy Turcji. Obawiam się, że niestety skończy się importem większej ilości gotowych dóbr i korektą polityki środowiskowej, ale dopiero za kilka lat, kiedy może być już za późno, by ratować przemysł w Europie.

Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, senior fellow Atlantic Council

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *